Macierzyństwo :)

czyli jak dziecko zmienia kobietę (i mężczyznę)

Zachustowana samotność i moje podejście do wychowania dziecka 28 Styczeń 2010

Filed under: macierzyństwo,tacierzyństwo — mamadorota @ 15:26
Tags: , , ,

Kiedy byłam jeszcze na macierzyńskim szukałam jakiś ciekawych zajęć dla mam z dziećmi i trafiłam do Kręgu Matek (już o tym wspominałam jakiś czas temu). W każdym razie tam miałam styczność z mamami o różnym podejściu do wychowania dziecka (oczywiście wszystkie były i są kochającymi mamami, żeby nie było wątpliwości). Tutaj między innymi zobaczyłam o co chodzi z noszeniem w chuście, dowiedziałam się o wysadzaniu maluszków na nocnik, o pieluszkach ekologicznych (tych wielorazowych) i stąd trafiłam na warsztaty żywieniowe, gdzie dowiedziałam się jak gotować dla maluszka i przejść z kamienia piersią na żywienie „normalnymi” produktami jakie spożywamy, na co zwracać uwagę itp. Tak więc, jakby na to nie patrzeć, po kręgu i warsztatach miałam trochę inne podejście do niektórych aspektów macierzyństwa niż większość, a na pewno inne niż nasi rodzice. Warto szukać swojej drogi i postępować względem dziecka w zgodzie ze sobą (aby potem nie mieć pretensji do kogoś innego ;) ).

Nie daję dziecku do picia soków, tylko wodę. Mała nie je słodyczy. Żywiłam ją głównie kaszami i ryżem z warzywami i nie spieszyło mi się (o zgrozo) do wprowadzania mięsa do diety dziecka – oczywiście starałam się aby dieta mojej córki była bogata we wszystkie niezbędne składniki. Dzięki temu mam dziecko, które je wszystko i wszystko jej smakuje. Jasne, że duży wpływ na to, że ja gotowałam córce miało to, że zbuntowała się i nie chciała jeść słoiczków, więc z braku innego wyjścia musiałam jej gotować. Oczywiście w trakcie karmienia nie byłam też na jakieś ostrej diecie i jadłam normalnie praktycznie wszystko (z umiarem ;) ). Na szczęście w tych poczynaniach wspierał mnie mąż i mimo różnych dziwnych prób dziadków żeby dać małej jakieś produkty, których nie planowaliśmy jej dawać i póki co nie dajemy, udało nam się postawić na swoim ;) . Myślę, że było warto, ale sukces w ogromnej mierze zawdzięczam mężowi i jego wsparciu, bo wielokrotnie byłam w sytuacji, że niewiele brakowało a uległabym troskliwym babciom. Poza tym za każdym razem gdy ulegałam jakimś ustępstwom w kwestii jedzeniowej zaraz mściło się to na mnie (a może trochę bardziej na córce), gdyż mała źle reagowała na dany produkt.

Trochę gorzej i trudniej jest z chustą. O ile z nosidłem nie ma żadnych problemów i oboje w nim nosimy małą, o tyle chusta jest „moim wymysłem” i raczej nie mam tutaj zbyt dużego wsparcia – rodzice raczej patrzą na mnie z pobłażaniem i podejściem, że znowu coś wymyśliłam. Największy problem pojawia się gdy muszę małą na szybko zawiązać w chuście w towarzystwie osób, które tylko czekają na jakiś potknięcie, żeby udowodnić, że mają rację i jest to zupełnie bez sensu. Kurcze ciężko wiązać zmęczone i poddenerwowane dziecko (zwłaszcza kiedy dane wiązanie wykonuje się dość rzadko), kiedy wszyscy patrzą – a tak naprawdę poprawne wykonanie jest jedynym dowodem, że ma to wszystko sens i właściwe otoczenie nie popiera takich wynalazków.

No dobra, pomarudziłam trochę i się wyżaliłam. Głównym przesłaniem miało być to aby partnerzy wspierali się nawzajem w swoich poczynaniach, nawet jeśli nie zawsze widzą sens w działaniach tej drugiej strony, ale poza domem to wsparcie jest bardzo ważne, a wszelkie wątpliwości należy wyjaśnić w zaciszu domowym. Pamiętajcie, że dla dziecka (i bardzo często dla otoczenia) musicie stanowić jedność i wspierać się w dążeniu obraną przez siebie drogą, zwłaszcza jeśli to droga pod prąd ;) .

 

Bo Twoje dziecko jakieś leniwe… 3 Styczeń 2010

… i wszystkiemu winne chusty.

Zastanawia mnie skąd to się u ludzi bierze, że jak dziecko w jakimś wieku nie robi jakiejś rzeczy samodzielnie to od razu jest leniwe. Jeszcze się nie obraca – „ale z niej leniuszek” (komentarz lekarza), chce chodzić za rączkę a nie sama – „leniuszek z niej” (komentarz babci), a do tego to przez to, że ją ciągle noszę w chuście a nie chodzi na własnych nóżkach. Grrr…, normalnie mam dość. Wszystkim w koło przeszkadza, że moje dziecko czegoś nie robi a „powinno” tylko nie mi. Nie wiem, może ja jestem dziwna?

Przecież każde dziecko się rozwija w innym tempie i nabiera umiejętności w innym czasie – jedne szybko zaczynają chodzić, ale wolniej uczą się mówić, drugie zaczynają już ładnie mówić zanim zaczną chodzić i później uczą się tego drugiego, a czasami mam wrażenie, że wszyscy w koło jak mantrę znają jakieś tabelki i moje dziecko musi się rozwijać w zgodzie z nimi…

Do tego jeszcze jakieś dziwne zarzuty, że jak dziecko jest marudne czy coś, to na pewno przez chustę, że powinnam wziąć ją za rączkę i powinna sama iść – ale to, że po 5 krokach muszę ją nieść na rękach – co masakruje mój kręgosłup to  nie jest ważne… I jakbym przyjechała z dzieckiem w wózku to tez nikt by się nie czepiał – „No bo przecież z wózka można dziecko wyjąć jak będzie chciało” – tak a w chuście to dziecko tak na stałe przyklejone :/. Może jestem przewrażliwiona na tym punkcie, ale jakoś mi przeszkadza zwalanie winy za wszystko (nawet jak nie ma problemu) na coś czego właściwie się nie zna.  Szkoda tylko, że nikt nie bierze pod uwagę, że może dzięki noszeniu mała tak ładnie się rozwija i super już mówi, że jest szczęśliwym i radosnym dzieckiem, bo przez całą drogę do żłobka może się do mnie przytulać, więc trochę jej łatwiej znieść rozstanie… tylko czemu takie argumenty nie trafiają?

 

 
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.