Kiedy byłam jeszcze na macierzyńskim szukałam jakiś ciekawych zajęć dla mam z dziećmi i trafiłam do Kręgu Matek (już o tym wspominałam jakiś czas temu). W każdym razie tam miałam styczność z mamami o różnym podejściu do wychowania dziecka (oczywiście wszystkie były i są kochającymi mamami, żeby nie było wątpliwości). Tutaj między innymi zobaczyłam o co chodzi z noszeniem w chuście, dowiedziałam się o wysadzaniu maluszków na nocnik, o pieluszkach ekologicznych (tych wielorazowych) i stąd trafiłam na warsztaty żywieniowe, gdzie dowiedziałam się jak gotować dla maluszka i przejść z kamienia piersią na żywienie „normalnymi” produktami jakie spożywamy, na co zwracać uwagę itp. Tak więc, jakby na to nie patrzeć, po kręgu i warsztatach miałam trochę inne podejście do niektórych aspektów macierzyństwa niż większość, a na pewno inne niż nasi rodzice. Warto szukać swojej drogi i postępować względem dziecka w zgodzie ze sobą (aby potem nie mieć pretensji do kogoś innego
).
Nie daję dziecku do picia soków, tylko wodę. Mała nie je słodyczy. Żywiłam ją głównie kaszami i ryżem z warzywami i nie spieszyło mi się (o zgrozo) do wprowadzania mięsa do diety dziecka – oczywiście starałam się aby dieta mojej córki była bogata we wszystkie niezbędne składniki. Dzięki temu mam dziecko, które je wszystko i wszystko jej smakuje. Jasne, że duży wpływ na to, że ja gotowałam córce miało to, że zbuntowała się i nie chciała jeść słoiczków, więc z braku innego wyjścia musiałam jej gotować. Oczywiście w trakcie karmienia nie byłam też na jakieś ostrej diecie i jadłam normalnie praktycznie wszystko (z umiarem
). Na szczęście w tych poczynaniach wspierał mnie mąż i mimo różnych dziwnych prób dziadków żeby dać małej jakieś produkty, których nie planowaliśmy jej dawać i póki co nie dajemy, udało nam się postawić na swoim
. Myślę, że było warto, ale sukces w ogromnej mierze zawdzięczam mężowi i jego wsparciu, bo wielokrotnie byłam w sytuacji, że niewiele brakowało a uległabym troskliwym babciom. Poza tym za każdym razem gdy ulegałam jakimś ustępstwom w kwestii jedzeniowej zaraz mściło się to na mnie (a może trochę bardziej na córce), gdyż mała źle reagowała na dany produkt.
Trochę gorzej i trudniej jest z chustą. O ile z nosidłem nie ma żadnych problemów i oboje w nim nosimy małą, o tyle chusta jest „moim wymysłem” i raczej nie mam tutaj zbyt dużego wsparcia – rodzice raczej patrzą na mnie z pobłażaniem i podejściem, że znowu coś wymyśliłam. Największy problem pojawia się gdy muszę małą na szybko zawiązać w chuście w towarzystwie osób, które tylko czekają na jakiś potknięcie, żeby udowodnić, że mają rację i jest to zupełnie bez sensu. Kurcze ciężko wiązać zmęczone i poddenerwowane dziecko (zwłaszcza kiedy dane wiązanie wykonuje się dość rzadko), kiedy wszyscy patrzą – a tak naprawdę poprawne wykonanie jest jedynym dowodem, że ma to wszystko sens i właściwe otoczenie nie popiera takich wynalazków.
No dobra, pomarudziłam trochę i się wyżaliłam. Głównym przesłaniem miało być to aby partnerzy wspierali się nawzajem w swoich poczynaniach, nawet jeśli nie zawsze widzą sens w działaniach tej drugiej strony, ale poza domem to wsparcie jest bardzo ważne, a wszelkie wątpliwości należy wyjaśnić w zaciszu domowym. Pamiętajcie, że dla dziecka (i bardzo często dla otoczenia) musicie stanowić jedność i wspierać się w dążeniu obraną przez siebie drogą, zwłaszcza jeśli to droga pod prąd
.
Najnowsze komentarze