Macierzyństwo :)

czyli jak dziecko zmienia kobietę (i mężczyznę)

Trudne rozstania, szczęśliwe powroty 24 Czerwiec 2009

Ustaliliśmy, że ja odwożę córeczkę do żłobka a mąż ją odbiera. Plan o tyle dobry, że mamy jeszcze chwilkę z córcią dla siebie z rana na przytulanie i karmienie, a że ja idę na 7 godzin do pracy, a nie mogę przyjść dowolnie wcześnie, to w miarę sprawnie po wszystkim wracam do domu, do córki i męża. Mąż jedzie z rana do pracy i wcześniej odbiera córkę. Ogólnie plan dobry… ma tylko jeden mankament – rozstanie w żłobku. Dla nas obu jest dość trudne. Na początku nie było problemu, Oliwka całkiem chętnie szła do „cioć”, ale z czasem się to zmieniło i zostawianie jej stało się coraz cięższe. Wiem, że chwilę później już nie płacze i bawi się radośnie, ale ten moment, kiedy muszę ją oddać jest trudny :( . Za to radość jak wracam do niej do domu jest ogromna :) i miło wracać do domu wiedząc, że ktoś się bardzo cieszy na Twój powrót. To było coś czego mi chwilami brakowało jak siedziałam z dzieckiem w domu, tej radości na mój widok. Poza tym z każdym dniem widzę jak dziecko mi dorasta, robi się mądrzejsza, rozumie coraz więcej i więcej potrafi. Pięknie bawi się z dziećmi i z dorosłymi – jest ogromną radością zarówno dla nas i naszych rodzin, jak i dla „cioć” w żłobku. Cudownie rozwija się społecznie, więc założenie co do żłobka, że nauczy Oliwkę bawić się z innymi dziećmi i dzielić się zabawkami wygląda na cel realny do osiągnięcia jeszcze przed pójściem do przedszkola – już teraz jest towarzyska i chętnie się bawi z innymi dziećmi, a zwłaszcza z siostrą z lustra ;) .

 

Początki bywają trudne, czyli jak to jest kiedy wraca się do pracy 23 Czerwiec 2009

Filed under: dziecko,macierzyństwo,praca,tacierzyństwo — mamadorota @ 22:10
Tags: , ,

No i wróciłam do pracy, jednak nie na długo. Po jednym dniu pobytu w żłobku moje szczęście się rozchorowało. Nie wiem czy to wina tego, że tam poszła, jakoś nie do końca chce mi się w to wierzyć, ale tak czy inaczej wylądowałyśmy na zwolnieniu z zapaleniem krtani…

Ta noc była okropna – atak płaczu/kaszlu/duszności… sama nie wiem jak to nazwać. Ja miałam wrażenie, że dziecko mi się krztusi jakby miała problemy z oddychaniem – oczywiście zaraz telefon do centrum medycznego i wizyta domowa pediatry. Pani doktor przyjechała, zbadała, obejrzała i stwierdziła, że zapalenie krtani i że wypadałoby pojechać do szpitala. Zaraz przyjeżdża karetka, którą jedziemy do szpitala. Ten koło nas zamknięty, więc trzeba jechać do drugiego – tak to jest jak szpitale pracują na zmianę :( . I tak dobrze, że jedziemy karetką, tylko mąż musi się wrócić po samochód, bo nie będziemy w szpitalu, który jest 10 minut na piechotę od nas, tylko do tego w centrum…

Na izbie przyjęć, czy jak to się nazywa, po niewielkich problemach z rozczytaniem pieczątki pani doktor udaje nam się dostać na wizytę do lekarza. Córcia zostaje obejrzana, zbadana – diagnoza potwierdzona, więc będzie miała podany lek sterydowy i zrobioną inhalację. Po jakiś 20 minutach mamy jeszcze wizytę u laryngologa i możemy już iść. Mąż wraca do domu po fotelik do samochodu… a mu w środku zimy czekamy na dworze, bo tak lepiej dla córki – zalecenie: ma mieć chłodno i wilgotno, przy ataku sugerowane ubrać ciepło dziecko i na balkon.

Wracamy do domu, dziecko mi padło jak jeszcze czekałyśmy na transport… Najważniejsze, że już wracamy. W domu córkę ubieramy w ciepłego pajaca, otulamy kołderką i otwieramy okna… Ma być zimny chów, no to niech będzie. Niby zalecana temperatura 18-22 stopnie, ale taką mieliśmy cały czas, teraz będzie chłodniej bo koło 17, może mniej, ale skoro to ma pomóc, to niech tak będzie.

Na szczęście zapalenie w miarę sprawnie samo minęło, ale spędziłyśmy w domu 2 tygodnie. Dobrze, ze wracałam do starej pracy, bo inaczej mogłoby być kiepsko, po jednym dniu w pracy 2 tygodnie zwolnienia…

 

Te pierwsze dni potrzebne na adaptację… chociaż nie wiem czy bardziej dziecku czy mi… 22 Czerwiec 2009

Tydzień przed powrotem do pracy był chyba najtrudniejszy dla mnie. W tej chwili myślę, że bardziej dla mnie niż dla córki. Jak byłam na miejscu nie chciała się bawić z ciociami i marudziła, jak wychodziłam było niby lepiej – ale czy aby na pewno wszystko z nią dobrze? Nie widziałam co się z nią dzieje, a przecież nie mogłam wejść bo bym popsuła wszystko…

Jak to jest, że kiedy dziecko widzi rodziców zachowuje się zupełnie inaczej niż kiedy ich nie ma pod ręką? Ach ta umiejętność manipulacji dorosłymi – ciekawe kto szkoli te szkraby w tej sztuce, że dokładnie wiedzą co i jak zrobić aby osiągnąć swój cel.

Tak czy inaczej tydzień przed powrotem do pracy był chyba najcięższy w moim życiu. Zaczęły się pojawiać wątpliwości czy aby na pewno dobrze robię, czy „ciocie” będą poświęcać wystarczająco dużo uwagi mojemu dziecku, odpowiednio stymulować jej rozwój? Ach… było ciężko, same wątpliwości, ale decyzja była podjęta i cóż można było zrobić.

Do tego chyba najgorsze było to, że wszyscy mówili, że Oliwka idzie do „żłoba” a nie do żłobka… to wcale nie ułatwiało. A cóż ja mogłam zrobić, przecież nie miałam z kim jej zostawić, poza tym nawet gdyby ktoś z rodziny mógł się nią zająć, czy to aby na pewno byłaby lepsza decyzja? Tutaj były inne dzieci, a przecież to bardzo dobry sposób na naukę, patrzeć i naśladować. Poza tym od razu uczy się bawić z innymi i dzielić, tego, że czasami nie musi być najważniejsza… przynajmniej od razu odpada problem co jak pojawi się rodzeństwo, czy pójdziemy do kogoś w gości.

 

Macierzyński… i po macierzyńskim, czyli trudna decyzja co dalej 19 Czerwiec 2009

No i mój macierzyński minął szybciej niż się tego spodziewałam. To był cudowny okres, ale i trudny – może to dziwne dla niektórych, ale najtrudniejszy w tym czasie był fakt, że nie miałam kontaktu z dorosłymi, z którymi dałoby się pogadać. Może dlatego miałam potrzebę powrotu do pracy, choć to wcale nie była łatwa decyzja – czy wracać, czy spędzić ten czas jeszcze z dzieckiem. Jeśli byłaby taka możliwość zostałabym z córką chociaż do momentu jakby skończyła rok… ale nie zawsze możemy zrobić tak jak chcemy, czasami trzeba podjąć niewygodną decyzję, czyli z kim zostanie moje dziecko kiedy ja będę w pracy. Początkowo myślałam, że zatrudnimy nianię i bardzo długo ta myśl trwała we mnie, ale ostatecznie decyzja padła na żłobek, oczywiście nie państwowy tylko prywatny.

Czemu taka decyzja? Z wielu powodów, jednym z nich były finanse, jednak żłobek kosztuje trochę mniej niż profesjonalna niania, drugą kwestią było to, że znalezienie takiej profesjonalnej niani wcale nie jest takie proste. Nie mamy zbyt wielu znajomych z dziećmi, więc nawet nie ma szans na kogoś z polecenia. Poza tym to jednak obca osoba w domu, nad którą nie ma kontroli – tak wiem, w żłobku też nie mam kontroli nad tym co się dzieje z moim dzieckiem, ale tutaj jest dodatkowy aspekt kontroli, którego nie mam przy niani – grupa rodziców, których dzieci chodzą do tego żłobka, którzy w jakiś sposób weryfikują jednak działanie „cioć”. Niby nianie można weryfikować też po opiniach innych, ale tutaj dochodzi jeszcze kwestia tego czego ja oczekuję od takiej osoby, a czego oczekują inni rodzice…

Oczywiście nie wysłałam dziecka w ciemno do żłobka – jak udało mi się znaleźć ciekawą ofertę wybraliśmy się z mężem obejrzeć wszystko dokładnie. Oliwka bardzo fajnie zareagowała na ciocie, chętnie się do nich uśmiechała i z nimi bawiła. Wiedzieliśmy, że to będzie dobre miejsce dla naszego dziecka, chociaż nadal decyzja o tym, że muszę ją oddać komuś innemu pod opiekę nie była wcale taka prosta…

Gdybym mogła zostałabym z córeczką w domu i pracowała w domu… ale nie oszukujmy się, takie rozwiązanie wcale nie byłoby najlepsze – bo jak tu pracować kiedy dziecko potrzebuje bliskości i domaga się jej? Kiedy pracować jeśli wszystkie moje obowiązki trzeba wykonać między 9 a 17? No zawsze zostaje się przekwalifikować… ale to nie zawsze wchodzi w grę, choć nie twierdzę, że to nie możliwe.

Ja podjęłam taką decyzję i czuję się z nią całkiem nieźle chociaż na początku wcale nie było łatwo.

 

 
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.