No dobra, już jestem doprowadzona do porządku i powoli nadrabiam zaległości
.
Na pierwszy ogień idzie samodzielne zasypianie. Zgodnie z zapowiedziami trzeba było po pół roku od pierwszego nauczania samodzielnego zasypiania nauczyć córkę samodzielnego spania. Proces zasypiania zaczął się przedłużać w nieskończoność – szczytem było ponad godzinne siedzenie przy niej – a gdzie czas dla męża i siebie na odpoczynek?
Tak więc postanowiliśmy wprowadzić w życie metodę 1-3-5 minuty (nie wiem jak się nazywa, więc nadałam jej taką wersję roboczą
). Zgodnie z tym co przeczytałam w komentarzu od jednej z komentujących – tak też zrobiłam, a dokładnie szło to tak:
- odłożenie dziecka do łóżeczka i wyjście
- powrót w razie płaczu po określonym czasie X i tak do skutku.
Czas X zmienia się od 1 i wydłuża przy każdym kolejnym powrocie o 2 minuty. Pierwsze podejście skończyło się po około 35 minutach, tzn. ostatni raz wracałam po 9 minutach, do 11 już nie doczekałam bo dziecko usnęło
. Po tym zwykle najdalej szło się do niej najdalej po 5 minutach. Teraz czasami usypia właściwie zaraz po odłożeniu (zwykle jak mąż ją odkłada
), więc w granicach 10 minut mamy czas dla siebie
.
Hmm… co masz na myśli, ze pierwsze podejście skończyło się po 35 minutach? To znaczy, ze dziecko ponad pół godziny się darło zanim do niego podeszłaś?
To znaczy, że chodziłam do córki po 1, 3, 5, 7 ,9 i 11 – czy raczej koło przedziału 11 minut w końcu padła. Co sumarycznie daje czas ok. 35 minut