Macierzyństwo :)

czyli jak dziecko zmienia kobietę (i mężczyznę)

Jak ja kocham dobre rady… 29 Czerwiec 2009

Filed under: dziecko,macierzyństwo,tacierzyństwo — mamadorota @ 23:14
Tags: ,

Chyba większość rodziców tak ma, że w koło jest pełno ludzi, którzy lepiej wiedzą jak opiekować się dzieckiem i co jest Waszemu dziecku i czemu płacze.

Zacznijmy od tego, że rodzice wiedzą najlepiej co się dzieje z dzieckiem i co mu może dolegać, ale to wynika z Waszego większego doświadczenia i znajomości dziecka. Jednak, co najważniejsze, to nie znaczy, że zawsze musicie znać odpowiedź czemu dziecko płacze. W takiej sytuacji chyba najbardziej denerwujące są dobre rady i sugestie co powinniście robić i o co dziecku chodzi.

Mi się zdarzyły dwie takie sytuacje, które najbardziej mnie wyprowadziły z równowagi. W obu przypadkach byliśmy w gościach.

W pierwszym przypadku Oliwka zaczęła marudzić, popłakiwać i nie chciała się sama bawić. Oczywiście zaraz było, że głodna, trzeba zmienić pieluchę, za gorąco jej albo za zimno itd. Okazało się, że jak ją wzięłam na ręce i wyszłam z pokoju, chwilę zajęłam czymś innych to od razu się uspokoiła, ale oczywiście wszyscy wiedzieli lepiej co jej dolega, a mi nie pozwolili na spokojnie przeanalizować sytuacji aby określić przyczynę.

W drugiej sytuacji to był rodzinny weekend, dużo ludzi na małej powierzchni – w takich warunkach raczej ciężko zachować pewne standardy wprowadzone w domu, bo przecież dziecko płacze, więc trzeba wziąć na ręce – ale co tam, że jest wymuszanie płaczem i my w domu inaczej reagujemy. Do tego na domiar złego Oliwce szły zęby, więc jak to bywa w takiej sytuacji – płacz okropny, jedyne co pomaga chociaż na chwilę to pierś, no i czopek. Oczywiście dla osób z boku – dziecko płacze bo jest głodne, a ja na pewno mam za mało pokarmu, a w ogóle to niewłaściwie karmię i powinnam i to i tamto i ja się nie znam. Zrobiło mi się oczywiście bardzo przykro, zwłaszcza, że nikt nie chciał słuchać naszych racji, bo wszyscy wiedzieli lepiej :( .

Wnioski z powyższych sytuacji – jeśli Wam się zdarzy udzielać komuś „dobrych rad”, róbcie to w jak najmniej inwazyjny sposób, aby to nie był atak na tą osobę, nawet jeśli nie to macie na myśli. Młoda mama ma bardzo rozchwiane hormony i martwi się o to aby dobrze opiekować się własnym dzieckiem, więc bardzo do siebie bierze wszelkie uwagi. Poza tym starajcie się nie wtrącać w czyjś sposób wychowania dziecka, zwłaszcza jeśli oczekujecie od innych tego samego (choć nie wszyscy to szanują).

Jeśli jesteście po drugiej stronie… to nie wiem co doradzić, najłatwiej powiedzieć nie bierzcie tego do siebie, ale jeśli czujecie się atakowani to trudne. Wszystko zależy od relacji z osobą która daje Wam radę. Jeśli jest dobra i możecie sobie pozwolić na zwrócenie uwagi, zróbcie to – lepiej od razu wyjaśnić sytuację. Jeśli jest to rodzina, z którą rzadko się widujecie, to trzeba zacisnąć zęby i przetrwać.

 

Z każdym dniem rosnę i więcej potrafię… 26 Czerwiec 2009

Filed under: dziecko,macierzyństwo,tacierzyństwo — mamadorota @ 19:33
Tags: ,

Dzieci niesamowicie szybko rosną i się rozwijają. Początki są trudne, bo maleństwo musi nauczyć się trzymać sztywno główkę, podnieść się leżąc na brzuszku no i nauczyć przewracać/turlać, jednak kiedy te umiejętności uda się już opanować droga dalszego rozwoju jest już ekspresowa. Zaczyna się pełzanie do tyłu, potem do przodu, stawanie na czworaka, siadanie, raczkowanie, czy też inne techniki przemieszczania się, stawanie, chodzenie przy meblach i samodzielne. Już prawie nie pamiętam córki jako nieporadnego niemowlaczka, zmiany następujące codziennie są na tyle małe, że łatwo je przeoczyć ale na tyle duże, że trudno sobie wyobrazić, że kiedyś pewne rzeczy wyglądały inaczej.

Najwspanialszym momentem jest chyba etap, na którym dziecko zaczyna być kontaktowe i odwzajemniać nasz uśmiech, kiedy widzimy reakcję na to co robimy. Wtedy łatwo zobaczyć co mu się podoba, a co nie. Dzieci są zafascynowane najprostszymi rzeczami, na które my nie zwracamy czasem uwagi. Oczywiście dzieci lubią zabawki, ale fascynacja tubką pasty czy plastikową butelką jest ogromna :) , a łyżka drewniana może nie znaleźć konkurencji ;) .

Z niesamowitą siłą dziecko stara się naśladować rodziców, w końcu przestaje je zadowalać jedzenie dla maluchów i chce dostać prawdziwe, dorosłe jedzenie… i nie przyjmuje do wiadomości, że jest za mała, ona chce i już!

 

Trudne rozstania, szczęśliwe powroty 24 Czerwiec 2009

Ustaliliśmy, że ja odwożę córeczkę do żłobka a mąż ją odbiera. Plan o tyle dobry, że mamy jeszcze chwilkę z córcią dla siebie z rana na przytulanie i karmienie, a że ja idę na 7 godzin do pracy, a nie mogę przyjść dowolnie wcześnie, to w miarę sprawnie po wszystkim wracam do domu, do córki i męża. Mąż jedzie z rana do pracy i wcześniej odbiera córkę. Ogólnie plan dobry… ma tylko jeden mankament – rozstanie w żłobku. Dla nas obu jest dość trudne. Na początku nie było problemu, Oliwka całkiem chętnie szła do „cioć”, ale z czasem się to zmieniło i zostawianie jej stało się coraz cięższe. Wiem, że chwilę później już nie płacze i bawi się radośnie, ale ten moment, kiedy muszę ją oddać jest trudny :( . Za to radość jak wracam do niej do domu jest ogromna :) i miło wracać do domu wiedząc, że ktoś się bardzo cieszy na Twój powrót. To było coś czego mi chwilami brakowało jak siedziałam z dzieckiem w domu, tej radości na mój widok. Poza tym z każdym dniem widzę jak dziecko mi dorasta, robi się mądrzejsza, rozumie coraz więcej i więcej potrafi. Pięknie bawi się z dziećmi i z dorosłymi – jest ogromną radością zarówno dla nas i naszych rodzin, jak i dla „cioć” w żłobku. Cudownie rozwija się społecznie, więc założenie co do żłobka, że nauczy Oliwkę bawić się z innymi dziećmi i dzielić się zabawkami wygląda na cel realny do osiągnięcia jeszcze przed pójściem do przedszkola – już teraz jest towarzyska i chętnie się bawi z innymi dziećmi, a zwłaszcza z siostrą z lustra ;) .

 

Początki bywają trudne, czyli jak to jest kiedy wraca się do pracy 23 Czerwiec 2009

Filed under: dziecko,macierzyństwo,praca,tacierzyństwo — mamadorota @ 22:10
Tags: , ,

No i wróciłam do pracy, jednak nie na długo. Po jednym dniu pobytu w żłobku moje szczęście się rozchorowało. Nie wiem czy to wina tego, że tam poszła, jakoś nie do końca chce mi się w to wierzyć, ale tak czy inaczej wylądowałyśmy na zwolnieniu z zapaleniem krtani…

Ta noc była okropna – atak płaczu/kaszlu/duszności… sama nie wiem jak to nazwać. Ja miałam wrażenie, że dziecko mi się krztusi jakby miała problemy z oddychaniem – oczywiście zaraz telefon do centrum medycznego i wizyta domowa pediatry. Pani doktor przyjechała, zbadała, obejrzała i stwierdziła, że zapalenie krtani i że wypadałoby pojechać do szpitala. Zaraz przyjeżdża karetka, którą jedziemy do szpitala. Ten koło nas zamknięty, więc trzeba jechać do drugiego – tak to jest jak szpitale pracują na zmianę :( . I tak dobrze, że jedziemy karetką, tylko mąż musi się wrócić po samochód, bo nie będziemy w szpitalu, który jest 10 minut na piechotę od nas, tylko do tego w centrum…

Na izbie przyjęć, czy jak to się nazywa, po niewielkich problemach z rozczytaniem pieczątki pani doktor udaje nam się dostać na wizytę do lekarza. Córcia zostaje obejrzana, zbadana – diagnoza potwierdzona, więc będzie miała podany lek sterydowy i zrobioną inhalację. Po jakiś 20 minutach mamy jeszcze wizytę u laryngologa i możemy już iść. Mąż wraca do domu po fotelik do samochodu… a mu w środku zimy czekamy na dworze, bo tak lepiej dla córki – zalecenie: ma mieć chłodno i wilgotno, przy ataku sugerowane ubrać ciepło dziecko i na balkon.

Wracamy do domu, dziecko mi padło jak jeszcze czekałyśmy na transport… Najważniejsze, że już wracamy. W domu córkę ubieramy w ciepłego pajaca, otulamy kołderką i otwieramy okna… Ma być zimny chów, no to niech będzie. Niby zalecana temperatura 18-22 stopnie, ale taką mieliśmy cały czas, teraz będzie chłodniej bo koło 17, może mniej, ale skoro to ma pomóc, to niech tak będzie.

Na szczęście zapalenie w miarę sprawnie samo minęło, ale spędziłyśmy w domu 2 tygodnie. Dobrze, ze wracałam do starej pracy, bo inaczej mogłoby być kiepsko, po jednym dniu w pracy 2 tygodnie zwolnienia…

 

Te pierwsze dni potrzebne na adaptację… chociaż nie wiem czy bardziej dziecku czy mi… 22 Czerwiec 2009

Tydzień przed powrotem do pracy był chyba najtrudniejszy dla mnie. W tej chwili myślę, że bardziej dla mnie niż dla córki. Jak byłam na miejscu nie chciała się bawić z ciociami i marudziła, jak wychodziłam było niby lepiej – ale czy aby na pewno wszystko z nią dobrze? Nie widziałam co się z nią dzieje, a przecież nie mogłam wejść bo bym popsuła wszystko…

Jak to jest, że kiedy dziecko widzi rodziców zachowuje się zupełnie inaczej niż kiedy ich nie ma pod ręką? Ach ta umiejętność manipulacji dorosłymi – ciekawe kto szkoli te szkraby w tej sztuce, że dokładnie wiedzą co i jak zrobić aby osiągnąć swój cel.

Tak czy inaczej tydzień przed powrotem do pracy był chyba najcięższy w moim życiu. Zaczęły się pojawiać wątpliwości czy aby na pewno dobrze robię, czy „ciocie” będą poświęcać wystarczająco dużo uwagi mojemu dziecku, odpowiednio stymulować jej rozwój? Ach… było ciężko, same wątpliwości, ale decyzja była podjęta i cóż można było zrobić.

Do tego chyba najgorsze było to, że wszyscy mówili, że Oliwka idzie do „żłoba” a nie do żłobka… to wcale nie ułatwiało. A cóż ja mogłam zrobić, przecież nie miałam z kim jej zostawić, poza tym nawet gdyby ktoś z rodziny mógł się nią zająć, czy to aby na pewno byłaby lepsza decyzja? Tutaj były inne dzieci, a przecież to bardzo dobry sposób na naukę, patrzeć i naśladować. Poza tym od razu uczy się bawić z innymi i dzielić, tego, że czasami nie musi być najważniejsza… przynajmniej od razu odpada problem co jak pojawi się rodzeństwo, czy pójdziemy do kogoś w gości.

 

Macierzyński… i po macierzyńskim, czyli trudna decyzja co dalej 19 Czerwiec 2009

No i mój macierzyński minął szybciej niż się tego spodziewałam. To był cudowny okres, ale i trudny – może to dziwne dla niektórych, ale najtrudniejszy w tym czasie był fakt, że nie miałam kontaktu z dorosłymi, z którymi dałoby się pogadać. Może dlatego miałam potrzebę powrotu do pracy, choć to wcale nie była łatwa decyzja – czy wracać, czy spędzić ten czas jeszcze z dzieckiem. Jeśli byłaby taka możliwość zostałabym z córką chociaż do momentu jakby skończyła rok… ale nie zawsze możemy zrobić tak jak chcemy, czasami trzeba podjąć niewygodną decyzję, czyli z kim zostanie moje dziecko kiedy ja będę w pracy. Początkowo myślałam, że zatrudnimy nianię i bardzo długo ta myśl trwała we mnie, ale ostatecznie decyzja padła na żłobek, oczywiście nie państwowy tylko prywatny.

Czemu taka decyzja? Z wielu powodów, jednym z nich były finanse, jednak żłobek kosztuje trochę mniej niż profesjonalna niania, drugą kwestią było to, że znalezienie takiej profesjonalnej niani wcale nie jest takie proste. Nie mamy zbyt wielu znajomych z dziećmi, więc nawet nie ma szans na kogoś z polecenia. Poza tym to jednak obca osoba w domu, nad którą nie ma kontroli – tak wiem, w żłobku też nie mam kontroli nad tym co się dzieje z moim dzieckiem, ale tutaj jest dodatkowy aspekt kontroli, którego nie mam przy niani – grupa rodziców, których dzieci chodzą do tego żłobka, którzy w jakiś sposób weryfikują jednak działanie „cioć”. Niby nianie można weryfikować też po opiniach innych, ale tutaj dochodzi jeszcze kwestia tego czego ja oczekuję od takiej osoby, a czego oczekują inni rodzice…

Oczywiście nie wysłałam dziecka w ciemno do żłobka – jak udało mi się znaleźć ciekawą ofertę wybraliśmy się z mężem obejrzeć wszystko dokładnie. Oliwka bardzo fajnie zareagowała na ciocie, chętnie się do nich uśmiechała i z nimi bawiła. Wiedzieliśmy, że to będzie dobre miejsce dla naszego dziecka, chociaż nadal decyzja o tym, że muszę ją oddać komuś innemu pod opiekę nie była wcale taka prosta…

Gdybym mogła zostałabym z córeczką w domu i pracowała w domu… ale nie oszukujmy się, takie rozwiązanie wcale nie byłoby najlepsze – bo jak tu pracować kiedy dziecko potrzebuje bliskości i domaga się jej? Kiedy pracować jeśli wszystkie moje obowiązki trzeba wykonać między 9 a 17? No zawsze zostaje się przekwalifikować… ale to nie zawsze wchodzi w grę, choć nie twierdzę, że to nie możliwe.

Ja podjęłam taką decyzję i czuję się z nią całkiem nieźle chociaż na początku wcale nie było łatwo.

 

Znaleźć sobie jakieś zajęcie by nie zwariować. 18 Czerwiec 2009

Filed under: dziecko,macierzyństwo,tacierzyństwo — mamadorota @ 11:23
Tags: ,

Macierzyństwo jest fajne, ale do czasu. Mi szybko zaczęło brakować towarzystwa, kogoś z kim dało by się pogadać, pójść na kawę, porozmawiać o problemach, podpytać się co i jak, może dowiedzieć się, że ta inna osoba też ma takie problemy. Zaczęłam więc szukać jakiś zajęć dla mam z dziećmi… muszę przyznać, że nie było to łatwe zadanie, z jednej strony jest tego dużo, ale dla mamy, która jeździ komunikacją miejską niektóre są nieosiągalne – bo jechać ponad godzinę na 45 minutowe zajęcia, to troszkę za dużo jak dla mnie.

Na szczęście udało mi się znaleźć coś, co mąż nazwał „kręgiem wsparcia” i to było coś czego mi trzeba było – miejsce gdzie można szczerze porozmawiać z kobietami w bardzo podobnej sytuacji. To było dla mnie bardzo ważne, że znalazłam swoje miejsce jako matka i kobieta – Krąg Matek stał się dla mnie wybawieniem. Z niecierpliwością czekałam każdego czwartku aby się odstresować, pogadać i odreagować stresy z tygodnia. Jasne, że nie każda kobieta może potrzebować czegoś takiego, ale myślę, że jeśli nie dla siebie to może dla innych by im służyć radą i pomocą. Każda mama czyta wiele książek czy czasopism i posiada jakąś wiedzę, czasami z własnego doświadczenia, czasami z doświadczenia innych. Tutaj chyba najważniejsze aby czasem rozwiać mity, które funkcjonują wszędzie, poznać inne opinie i wybrać to co nam odpowiada i z czym będziemy czuć się dobrze. Mimo, że zajęcia z kręgu się skończyły, nasza grupa mam trzyma się nadal razem, służąc sobie nawzajem radą, wsparciem i swoim towarzystwem, a i dzieci wydają się być zadowolone z takiego obrotu sprawy – są w podobnym wieku :) , więc potrafią się zająć sobą choć przez chwilę co daje nam trochę wytchnienia od codziennego galimatiasu.

Tak czy inaczej, myślę że warto sobie znaleźć takie miejsce, gdzie można pójść z dzieckiem i nie zamykać się w domu. Nie każde dziecko jest aniołem, co to to nie, niektóre potrafią pokazać charakterek, ale w takim miejscu to nie jest ważne, ja przestałam się po tym przejmować tym, że dziecko mi płacze w autobusie – to nie znaczy, że nie przeszkadzał mi płacz i pozostaje na niego nieczuła, raczej o to, że przestałam się przejmować reakcjami innych, którzy dziwnie na mnie patrzyli jakbym była wyrodną matką bo moje dziecko płacze a ja jeszcze nic z tym nie zrobiłam.

 

 
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.